środa, 14 października 2015

Opowieść o Rwandzie

Jak wiecie jestem fanką komiksów, między innymi historycznych. Nie mogło więc w ostatnim czasie zabraknąć na mojej liście ,,przeczytanych'' jednej z takich pozycji.
Komiks ,,Deogratias. Opowieść o Rwandzie." autorstwa Jeana-Philippe'a Stassena opowiada o ludobójstwie w Rwandzie, które miało miejsce w 1994 roku, kiedy ludność Hutu brutalnie wymordowała grupę Tutsi. Była to zbrodnia na potworną skalę, bo w ciągu zaledwie 100 dni zginęło ok. 1 000 000 osób. Łatwo policzyć, że każdego dnia mordowano średnio 10 000 ludzi, przy braku reakcji ze strony tzw. ,,cywilizowanego świata''. ONZ nie zdołał zapobiec tragedii, ani jej przerwać dostatecznie szybko.
,,Deogratias" nie pokazuje tych zdarzeń w zwykły sposób. Z komiksu nie dowiemy się o wielu faktach i szczegółach historycznych. Autor skupił się na losach jednostki wobec dramatycznych wydarzeń.


Okładka komiksu
Głównym bohaterem komiksu jest młody chłopak, tytułowy Deogratias należący do plemienia Hutu. Już samo jego imię oznaczające ,,dzięki Bogu'' sprawia, że opowieść nabiera dodatkowego znaczenia. Historię Deogratiasa autor przedstawił w sposób niezwykły, dawkując napięcie. W narracji teraźniejszość przeplata się z wydarzeniami z przeszłości. Raz widzimy zwykłego chłopaka o problemach przeciętnego nastolatka, za chwilę obserwujemy jego osobę po masakrze, do której sam przyłożył rękę. 
Jedna ze stron komiksu

Przed tragedią Deogratias mieszkał w Rwandzie, pomagając misjonarzom. Wielu jego znajomych należało do plemienia Tutsi, np. jego koleżanki z którymi codziennie spędzał dużo czasu. Jednak z każdą chwilą napięcie rosło. Cały czas w radiu, wśród ludzi, a nawet w szkole było słychać i czuć wzrastającą nienawiść. Wszystko zmierzało nieuchronnie ku tragedii, która pociągnęła za sobą wiele ofiar.

Komiks ,,Deogratias" to tak naprawdę traktat moralny, zadający pytanie gdzie są granice człowieczeństwa i jak bardzo można się upodlić. Choć fabuła jest osadzona w Rwandzie, ta opowieść mogła by się wydarzyć podczas każdej wojny: na Wołyniu, w żydowskim getcie, wszędzie. Ważną kwestią poruszoną przez autora jest rola ludzkiego sumienia.

,,Deogratias. Opowieść o Rwandzie" skłania do przemyśleń i zastanowienia się nad najnowszą historią. Naprawdę warto przeczytać.

wtorek, 6 października 2015

Moje przemyślenia o autorytetach

Nic nie nastraja tak do myślenia jak ,,Kot rabina''. Świeżo po lekturze najnowszej szóstej części tego wspaniałego komiksu zatytułowanej ,,Nie będziesz miał bogów cudzych przede mną'', podobnie jak kociego bohatera naszło mnie na przemyślenia.
Okładka komiksu, Wydawnictwo Pruszyński i  S-Ka
Ostatnio dużo się mówi młodzieży o autorytetach. W ten sposób powstają pytania. Kto jest moim autorytetem? Co oznacza autorytet? Słyszy się, że ta czy inna osoba jest świetnym autorytetem dla młodych ludzi i wzorem do naśladowania.
Giotto di Bondone ,,Roztropność'' XIII w. 
Czym dla mnie jest autorytet? Po pierwsze w autorytet trzeba samemu wierzyć, a nie dlatego, że nam to narzucono. Jest to ktoś, z czyim zdaniem się liczę, kto jest dla mnie ważny. Są to ludzie, którzy wspierają mnie w moich postanowieniach, a nie tacy, którym muszę się za wszelką cenę przypodobać. 
Ja nie umiem wskazać jednej osoby. Na pewno jak dla większości młodych ludzi, autorytetami są moi rodzice. Od najmłodszych lat biorę z nich przykład, oni ukształtowali moją osobowość. Ważna jest dla mnie moja przyjaciółka M. ponieważ, na jej radach można polegać. Dużo dali mi też nauczyciele.
Jeżeli chodzi o wzory do naśladowania, to uważam, że nie można naśladować bezkrytycznie jednej osoby. Tak samo zresztą jest z autorytetami, ktoś może być dla nas wzorem z powodu swojej wiedzy czy umiejętności, ale pod względami moralnymi już niekoniecznie. Jak pokazuje historia, ślepe podążanie za jednym człowiekiem nie kończy się dobrze. Uważam, że zamiast bezrefleksyjnego zapatrzenia w kogoś lepiej jest inspirować się tym co w ludziach dobre.  

Ponieważ lubię historię postanowiłam zrobić sobie przegląd postaci historycznych, które za coś podziwiam:

1) Jan Karski, który imponuje mi byciem człowiekiem prawym.
2) Sanitariuszki z Powstania Warszawskiego, za bohaterstwo.
3) Królowa Bona była silną kobietą, świetnie umiała gospodarować na Mazowszu.
4) Ród Medyceuszy, bez nich renesans..... Nie! Tego nie mogę sobie tego wyobrazić.
5) Dwie Marie, kobiety naukowcy, które mimo przeciwności nie podawały się i kroczyły drogą nauki. Maria Skłodowska-Curie i Maria Mitchell.
6)  Mikołaj Kopernik ponieważ sporo ryzykował swoją teorią.

Od kiedy prowadzę mojego bloga, zaczęłam bardziej przeglądać internet. W ten sposób odkryłam wielu ciekawych ludzi (blogerów), którzy mają coś interesującego do powiedzenia. Dzięki temu wiele się dowiedziałam i zainspirowało mnie to do różnych rzeczy.

Ponieważ jest to post przemyśleniowy na koniec wrzucam odpowiedzi na pytania w blogowej zabawie zadane mi przez autorkę bloga Lekcje Polskiego.

Moje odpowiedzi:

1. Nigdy nie zapomnę momentu, gdy pierwszy raz przyszłam do szkoły, gdzie poznałam moją przyjaciółkę. 
2. Najważniejsze są dla mnie rodzina i przyjaciele, ponieważ takie osoby nigdy mnie nie zawiodły.
3. Nie lubię, gdy ludzie się mądrzą, choć nie mają wiedzy w temacie, o którym mówią.
4. Moje największe szaleństwo to brak umiejętność planowania czasu, przez co wszystko staje się zakręcone. Raz nie mam zupełnie nic do roboty, kiedy indziej bardzo dużo, bo muszę zrobić wszystko na raz. 
5. Często zapominam o wyczesaniu mojego długowłosego kota.

piątek, 25 września 2015

Prawdziwa metamorfoza

Dzisiaj coś o metamorfozach. Małe, duże oraz bardzo popularne. Co chwila na jakiejś stronie internetowej widzę zdjęcia-reklamy z cyklu: przed i po, czasem nie wiadomo, które gorsze. Telewizja również obrodziła w tego typu programy. Inny makijaż, fryzura lub ubranie i stoi przed nami inna osoba. Takie zmiany nie dotyczą tylko ludzi. Budynki też mogą przejść ogromne metamorfozy.
Bardzo dobrym przykładem zabytkowej metamorfozy jest zespół pałacowo-parkowy w Podzamczu Chęcińskim. Z Kielc samochodem dojedziemy tam w kilkanaście minut. 
Dworek zbudował Jan Branicki, starosta chęciński w latach 1630-1657. Miała to być rezydencja, która pełniłaby także funkcje obronne. Otaczała go fosa (jej fragmenty zachowały się do dziś), która miała utrudnić ewentualnym napastnikom przedostanie się do budynku. Po potopie szwedzkim przeniesiono tam siedzibę Starostwa Chęcińskiego, ponieważ poprzednia została zniszczona.
Przed dworkiem znajduje się zabytkowy park. Prowadzi do niego barokowa brama w formie łuku triumfalnego wybudowana przez starostę Stefana Bidzińskiego. W ten sposób uczcił zwycięstwo króla Jana III Sobieskiego pod Wiedniem.
W XVIII wieku dworek nie pełnił już funkcji reprezentacyjnych, a wiek XIX został przerobiony na folwark. Ta kariera nie trwała zbyt długo, bo szybko przemienił się w magazyn na zboże. Niestety nie było to dobre dla zabytkowego budynku. Wiele elementów dekoracyjnych uległo zniszczeniu. Dopiero w latach 20. XX wieku Ministerstwo Rolnictwa oddało go szkole rolniczej powstałej w okolicy. Dzięki temu budynek odremontowano na początku lat 40.
Ale historia zatoczyła koło. Znowu stał się opuszczony i niepotrzebny. Powoli zaczął go toczyć trąd rozkładu.

Zdjęcia przed renowacją:*

Barokowa brama zbudowana z okazji zwycięstwa pod Wiedniem

Dworek

Dworek

Park

Choć upiorna rezydencja straszyła swym wyglądem, nie została spisana na straty. W ostatnich latach powstało tu Regionalne Centrum Naukowo-Technologiczne. Odrestaurowano dworek i park. Teraz znajdują się tu: Centrum Nauki Leonardo da Vinci i Biobank, czyli Publiczny Bank Komórek Macierzystych.

Zdjęcia z Regionalnego Centrum Naukowo-Technologicznego:

Widok z lotu ptaka    źródło:http://rcnt.pl/
Biobank
Park

Park
Brama Jana III Sobieskiego

Dworek

Dworek

Centrum Nauki Leonardo da Vinci


Centrum Nauki Leonardo da Vinci     źródło:http://cndavinci.pl/
W  ostatnie wakacje odwiedziłam Podzamcze Chęcińskie. Odnowiony park i dworek prezentują się świetnie. Aż miło pomyśleć, że nie straciły na zawsze swej szansy i nie rozpadły się powoli jak inne zabytki. Dobrze, że ktoś uratował fragment naszej historii i dał mu nową oprawę. Może dla innych zabytków też jest nadzieja i ratunek?
Moim zdaniem to udana rewitalizacja terenu, ciekawe połączenie kilkusetletniej zabudowy z budynkiem Biobanku wyglądającym jak scenografia z filmu science-fiction (a jestem fanką tego gatunku ;P). Centrum Nauki Leonarda da Vinci koniecznie trzeba odwiedzić. Wystawy interesujące, a budynek niezwykle pomysłowy. Spacer po parku również nie będzie stratą czasu.

Do dziś zachowane fragmenty fosy






*Zdjęcia zabytku  z przed renowacji pochodzą z książki ,, Milczące kamienie, szlakiem zamków i warowni Kielecczyzny", wydanej przez Muzeum Wsi Kieleckiej

niedziela, 13 września 2015

Martwa, a jednak wciąż żywa - Czytajmy klasykę

,,Gdy tak stałam w milczeniu, bez ruchu, mogłabym przysiąc, że dom nie jest pustą skorupą, lecz żyje dawnym życiem."
Dziś klasyka z 1938 roku w licznych opisach tej książki przeczytamy, że to powieść grozy. Ale niech nie lękają się Ci, którzy tego gatunku nie lubią. Powieść ,,Rebeka" Daphne du Maurier nie jest przerażająca w taki sposób jak nowości filmowe z rodzaju horrorów. To książka mroczna, wywołująca wewnętrzny niepokój, siła tkwi w atmosferze wykreowanej przez autorkę. U mnie wywołała przeróżne emocje i na pewno pozostawiła po sobie ślad w mojej pamięci. Z resztą musi być niezwykła skoro przeniósł ją na srebrny kran sam Alfred Hitchcock, a odwoływał się do niej Stephen King w swoim ,,Worku kości''.

Okładka książki

Akcja rozgrywa się w latach 30. Historia rozpoczyna się w Monte Carlo, gdzie antypatyczna pani van Hopper spędza wakacje ze swoją damą do towarzystwa, młodą dziewczyną. Owa dziewczyna to główna bohaterka i narratorka, jej imienia nie poznajemy do końca powieści. Nie lubi swojej pracodawczyni, ale z powodów finansowych musi znosić jej osobę. Pewnego dnia w hotelu poznaje sporo starszego od siebie, bogatego wdowca, Maxima de Wintera. Zaczynają się codziennie spotykać, jeździć na przejażdżki jego samochodem. Dziewczyna bardzo polubiła nowego znajomego, dlatego jest bardzo smutna gdy pani van Hopper postanawia opuścić Monte Carlo. Zrozpaczona idzie pożegnać się z Maximem, wtedy ten się jej oświadcza, a ona go przyjmuje. Wydaje się, że po tak wielkiej zmianie pozycji, życie dziewczyny stanie się bajką. Nic podobnego! 
Po udanej podróży poślubnej młoda para przybywa do Manderley, posiadłości należącej do Maxima. Mimo, iż wspaniała rezydencja jest teraz domem naszej bohaterki, dziewczyna nie umie odnaleźć się w nowej sytuacji. Brak jej ogłady i obycia prawdziwej damy, nie potrafi obchodzić się ze służbą, a upiorna gospodyni, pani Danvers uważa ją za swojego największego wroga, zaś ona śmiertelnie się jej boi. Całe nieszczęście bierze się z tego, że jest drugą panią de Winter, przed nią to miejsce zajmowała inna, ta pierwsza. Była to tytułowa Rebeka, która zmarła tragicznie, utonęła. 

Manderley z filmu Alfreda Hichcocka z 1940 roku

Poprzednia pani na Manderley od jakiegoś czasu nie żyje, ale czy odeszła naprawdę? Ta nowa na każdym kroku czuje jej obecność. Dziewczyna zaczyna wątpić w siebie i uważać, że nie jest dobrą żoną dla pana de Wintera, nie tak doskonałą jak Rebeka. Choć bardzo kocha swojego męża, cały czas ma wrażenie, że on nie może zapomnieć o zmarłej. Ona była prawdziwą pięknością, wspaniałą żoną i wielką damą. Idealnie zarządzała domem, organizowała wspaniałe przyjęcia, z których słynęło Manderley. Była ulubienicą pani Danvers, która nie może pogodzić się z jej śmiercią. Dlatego nienawidzi nowej pani de Winter, której cały czas stara się udowodnić jak niewiele jest warta. Wmawia dziewczynie, że Maxim był naprawdę szczęśliwy tylko z Rebeką i jedynie ona umiała zająć się wszystkimi sprawami w Manderley. Rebeka zdaje się roztaczać jakąś magiczną władzę nad posiadłością i jej mieszkańcami, ta obecność prześladuje dziewczynę w każdym zakątku posiadłości. ,,Rebeka, zawsze Rebeka! Dokądkolwiek bym poszła, gdziekolwiek bym usiadła, nawet w moich myślach i moich snach spotykam Rebekę." 
Bohaterka nieustannie porównuje się do poprzedniczki. 


Plakat filmowy

Książka jest naprawdę bardzo wciągająca. Ja prawie cały dzień i noc poświęciłam na jej przeczytanie, ponieważ po prostu nie mogłam się od niej oderwać. Jeśli tylko przerwałam lekturę, ,,Rebeka'' była wciąż obecna w moich myślach. Atmosfera i czar Manderley działają!
Mroczny klimat książki naprawdę przypadł mi do gustu. Tajemnicza śmierć Rebeki, ciemne korytarze i pokoje posiadłości oraz żywa pamięć o nieżyjącej pierwszej pani de Winter, tworzą niezwykłą historię. Oczywiście urzekli mnie też bohaterowi powieści, upiorna ogarnięta obsesesją pani Danvers, zagadkowy pan de Winter, idealna Rebeka oraz główna bohaterka, która nie potrafi zapomnieć o swojej poprzedniczce i odnaleźć się w nowym świecie, bardzo zakochana w Maximie.
,,Rebekę" polecam wszystkim, nawet tym którzy historii z dreszczykiem nie lubią, nie jest typowa powieść grozy, a raczej coś w stylu thrillera psychologicznego. 

Rebeka 
autor: Daphne du Maurier
wydawnictwo: Prószyński i S-ka
tłumaczenie: Eleonora Romanowicz-Podolska
rok wydania: 1997
liczba stron: 427


czwartek, 3 września 2015

Czytelnicze plany na rok szkolny

Wakacje, wakacje i po wakacjach. Koniec odpoczynku zaczęła się szkoła. W mojej zaszło trochę zmian. Pojawił się inny system oceniania, przyszli nowi nauczyciele.
Rozpoczął się rok szkolny, więc znowu trzeba się będzie przyzwyczaić do wszystkich sprawdzianów i prac domowych.
Dla mnie wakacje to najlepszy czas na zwiedzanie i oczywiście czytanie. Nie trzeba wstawać o szóstej rano, więc z wciągającą książką można posiedzieć do późna. Nie raz zdarzyło mi się oderwać od lektury dopiero po trzeciej w nocy.... Ach, to były czasy!
W wakacje powiększyłam nieco swoją listę książek przeczytanych, m. in. o ,,Nowy wspaniały świat" Huxley'a oraz ,,Rebekę" Daphne du Maurier i parę innych tytułów. Wypisałam też sobie co przeczytać w roku szkolnym w pierwszej kolejności. Zaraz po wymaganych lekturach oczywiście ;)


Jeżeli chodzi o klasykę powieściową to mam w planie:




Zamierzam też zabrać się do komiksów:




No i oczywiście książki o tematyce historycznej:








niedziela, 23 sierpnia 2015

Kiedy przyjdą podpalić dom, ten, w którym mieszkasz- Polskę*


Właśnie skończyłam czytać ,,Łączniczki. Wspomnienia z Powstania Warszawskiego." autorstwa Wiktora Krajewskiego oraz Marii Fredro-Bonieckiej, wydanej przez wydawnictwo W.A.B.

Okładka książki

,,Łączniczki" to wspomnienia 9. kobiet biorących udział w Powstaniu Warszawskim. Ich historie nie są ze sobą powiązane. Każdy rozdział to odrębna opowieść.

Wszystkie bohaterki na pewno łączy jedno. Wojna zmieniła ich życie. Wcześniej każda była zwykłą dziewczynką: chodziła do dobrej szkoły, miała rodzinę, znajomych, wychodziła na podwórko bawić się z przyjaciółmi. Nagle wszystko się zmieniło. Zamknięto szkoły i już nie mogły się normalnie uczyć. Musiały uczestniczyć w tajnych kompletach, odbywających się w prywatnych mieszkaniach. Już nic nie było tak radosne jak kiedyś.

Żadna nie mogła pozostać obojętna. Wszystkie wstąpiły do Szarych Szeregów. Spotkały tam różne osoby. Jako panienki z dobrych domów, wcześniej nie miały styczności z prostymi, niezbyt majętnymi ludźmi. Ale bez względu na wykształcenie oraz zamożność, każdy kochał ojczyznę i był gotów o nią walczyć.
Bohaterki do konspiracji dostały się w różny sposób. Jedne wcześniej były harcerkami, inne zostały zachęcone przez znajomych. Nikomu nie mogły powiedzieć o swojej działalności. Choć często miały ochotę wyznać wszystko najbliższym i czuły, że ich rodzice lub rodzeństwo mają coś wspólnego z Podziemiem, musiały milczeć. Tego wymagało bezpieczeństwo.

Gdy w sierpniu 1944 roku wybuchło Powstanie Warszawskie, prawie każda miała ledwie kilkanaście lat. Zostały łączniczkami, niektóre również sanitariuszkami. Zapomniały o normalnym życiu, sprzed wojny. Spały w piwnicach, jadły tylko kaszę, codziennie oglądały śmierć i przemoc. Musiały zawsze uważać, bo niebezpieczeństwo mogły spotkać na każdym kroku.
Jednak najstraszniejsza była niepewność. Nie wiedziały gdzie są ich najbliżsi i czy jeszcze żyją. Część dziewczyn już nigdy nie spotkała niektórych członków rodziny.

Wspomnienia uczestników Powstania są przerażającym świadectwem. Historie dziewcząt z szarych szeregów są smutne i wzruszające, choć niekiedy zdarzały się chwile radości. Każdemu polecam przeczytać ,,Łączniczki". Zobaczyć co czuje człowiek, gdy traci wszystko co do tej pory było mu drogie, a dotychczasowe życie odchodzi na zawsze.

Mnie najbardziej podobała się historia Krystyny Królikiewicz-Harasimowicz ps. ,,Kryśka". Jej ojciec był gwiazdą, bo przed wojną jako pierwszy Polak zdobył indywidualny medal na igrzyskach olimpijskich. Ten fakt uratował jej życie.
Krystyna zawsze marzyła o występowaniu na scenie. Talent aktorski pozwalał jej wyjść z niejednej opresji.
Poniżej fragment jej wspomnień:

,,Nie miałam wątpliwości ani nie zastanawiałam się nawet przez sekundę, że mogę narazić swoje życie, że może się to dla mnie źle skończyć, że mogę zginąć. Wojna brutalnie ukradła mi młodość, która dotychczas wypełniona była poczuciem bezpieczeństwa, miłością, ciepłem i marzeniami. Wszystko jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki zmieniło się 1 września 1939..."

Mimo iż przeczytałam e-booka, w księgarni obejrzałam wersję papierową. Zdziwiło mnie, że książka jest gruba, ale po zajrzeniu do środka wnet okazało się dlaczego. Zobaczyłam doprawdy dziwaczny układ strony. Czcionka jest bardzo duża, a marginesy ogromne, przez co do produkcji tomiszcza zużyto sporo papieru. Nie pozostaje to zapewne bez wpływu na cenę. Duża czcionka jest plusem, ale wielkie puste marginesy dają wrażenie stron zadrukowanych w połowie.


*Tytuł posta pochodzi z wiersza Władysława Broniewskiego ,,Bagnet na broń'', który moim zdaniem świetnie pasuje do treści książki.

środa, 12 sierpnia 2015

Skarby Dolnego Śląska- Siedlęcin

W wakacje chcesz pozwiedzać? Zobaczyć coś niezwykłego? Najlepiej niech to będzie zabytek unikatowy, jedyny taki na skalę światową. Coś czym tylko to jedno miejsce może się poszczycić. Gdzie coś takiego znaleźć? Pewnie trzeba wyjechać za granicę. Wcale nie! Takie perełki możemy znaleźć w Polsce. Gdzie dokładnie ich szukać? Możemy zacząć od Dolnego Śląska miejsca pełnego historii, zabytków w tym takich jakich nie znajdziecie w żadnym innym miejscu na świecie.
Na początek proponuję Siedlęcin, niedużą wieś  niedaleko Jeleniej Góry. Wydawać się może, że to zwyczajna wieś jakich pełno w całej Polsce. Nic bardziej mylnego, a ten kto sądzi że nie ma tam czego szukać robi ogromny błąd. Pierwszy wielki plus Siedlęcina to malownicza okolica, miejscowość rozpościera się na wzgórzach. Jego początki giną gdzieś w mroku dziejów. W dokumentach biskupstwa wrocławskiego w 1305 roku pojawia się informacja na temat wsi z kościołem bogato wyposażonym w ziemię. Siedlęcin nosił wówczas nazwę Rudgersdorf.
Chyba najważniejszym skarbem Siedlęcina jest Wieża Książęca. Jest to średniowieczna wieża mieszkalna jedna z większych tego typu budowli Europie.  Stojąca nad resztkami fosy pośród drzew wygląda naprawdę tajemniczo i romantycznie, chociaż otoczenie wymaga sporych inwestycji. Nie jest jeszcze tak źle, na Dolnym Śląsku widziałam zabytki w naprawdę tragicznym stanie o czym jeszcze napiszę w innych postach.

Wieża Książęca w Siedlęcinie widok od strony kościoła św. Mikołaja

Dobudowane do wieży pozostałości barokowego dworu i folwarku.


Makieta na zamku w Bolkowie przedstawiająca rekonstrukcję wieży z XIV wieku

Wracając do tematu, w siedmiuset letniej budowli znajdują się malowidła ścienne przedstawiające legendę o rycerzu króla Artura, sir Lancelocie. Są to jedyne zachowane na świecie malowidła o tej tematyce (tutaj wirtualna wycieczka). Jedną ze ścian zdobi też  malowidło przedstawiające świętego Krzysztofa. Święty Krzysztof uznany w średniowieczu za jednego z 14 świętych ,,Wspomożycieli'', był  m.in. patronem pielgrzymów oraz opiekunem twierdz i fortec. Zatem jego obecność w wieży nie powinna dziwić.
Wieżę zbudował książę jaworski Henryk I (o Henryku więcej na blogu Kasi Ogrodnik tutaj) ok. 1314 roku. W budowli zachowały się oryginalne drewniane stropy z XIV wieku. Zatem mamy możliwość przechadzania się pod tymi samymi belkami co książę Henryk.
Budowla musiała pobudzać wyobraźnię gości, w środku, na jednej ze ścian znalazłam takie wydrapane napisy. Wygląda na to, że niechlubny zwyczaj pozostawiania po sobie śladu przez turystów jest modny już od dawna, choć kaligrafia była lepsza niż dziś.

Napis na jednej ze ścian w środku wieży

Oprócz wieży Siedlęcin ma do zaoferowania dwa kościoły. Jeden od początku przeznaczony dla katolików, drugi dawny ewangelicki zbór, po II wojnie światowej przejęty przez kościół katolicki. Ciekawe jest to, że obydwa przetrwały, ponieważ po opuszczeniu przez Niemców Dolnego Śląska większość kościołów ewangelickich została zniszczona. 
Historia pierwszego kościoła pod wezwaniem św. Mikołaja rozpoczyna się w XIV wieku. Z roku 1399 pochodzi pierwsza wzmianka o świątyni. Po tej średniowiecznej budowli pozostał tylko portal i część prezbiterium. 

Kościół św. Mikołaja w Siedlęcinie


Portal Gotycki z kościoła św. Mikołaja
Na zewnątrz stały kiedyś figury dwóch świętych Leonarda i Floriana. Dziś św. Leonard stoi sam gdyż Florian został ukradziony w latach siedemdziesiątych.

Figura św. Leonarda

Miejsce po figurze św. Floriana
 Najstarszym i najcenniejszym elementem wyposażenia kościoła św. Mikołaja jest krucyfiks pochodzący z ok. 1500 roku.  Wnętrze jest bardzo skromne, ale pełne uroku. Kościółek posiada małą drewnianą ambonę, z której ksiądz również dziś wygłasza kazania.


Krucyfiks z Kościoła św. Mikołaja

Wokół kościoła mieści się stary niemiecki cmentarz, który podzielił los większości poniemieckich cmentarzy, czyli został zdewastowany. Dziś teren jest już uporządkowany i zadbany pozostałości nagrobków poukładane przy murze.

Jeden z nagrobków na niemieckim cmentarzu




Kościół św. Mikołaja na początku XVI wieku przeszedł w ręce protestantów. Jednak po wojnie trzydziestoletniej kontrreformacja ruszyła pełną parą i kościół powrócił do katolików, a ewangelicy nie mieli gdzie odprawiać nabożeństw.  Dlatego ich msze odbywały się nielegalnie w okolicznych lasach prowadzone przez tzw. leśnych kaznodziejów. W 1742 roku zbudowano drugi kościół dla ewangelików. Okazał się nietrwały więc zastąpił go stojący do dziś zbudowany latach 1780- 1782. Teraz należy do kościoła katolickiego, więc został świątynią pod wezwaniem Najświętszej Marii Panny Nieustającej Pomocy, jej wizerunek znajduje się na głównym ołtarzu.
 
Kościół NMP Nieustającej Pomocy

Samą budowlę i jej późnobarokowe wnętrze wykonali rzemieślnicy z Jeleniej Góry. Wnętrze jest drewniane, całość pomalowana na biało, ze złotymi zdobieniami zdobieniami, dość skromna i gustowna robi wrażenie. Mnie bardzo przypadła do gustu ta ,,łagodniejsza" wersja baroku. 
W kościele znajdują się dwa piętra empor charakterystycznych dla świątyni ewangelickich. Organy mieszczą się za ołtarzem, co jest również charakterystyczne dla kościołów protestanckich. 

Wnętrze kościoła NMP Nieustającej Pomocy
Rokokowa ambona

W środku znajdziemy też urokliwe stare krzesła jakie znajdowały się też w innych ewangelickich świątyniach na Dolnym Śląsku. Podobne widziałam w świdnickim Kościele Pokoju.


W obydwóch kościołach do dziś są odprawiane są msze i w tedy można obejrzeć obie świątynie.
Strona parafii z informacjami.